Fala zapomnienia, czyli beton zamiast plaży
Gdy myślimy o Sopocie, pierwsze skojarzenie jest oczywiste – morze, plaża, molo. To właśnie woda i nadmorski klimat od wieków kształtują charakter tego miejsca. Jednak spacerując ostatnio nie tylko po Monciaku, ale też po bocznych uliczkach, można odnieść wrażenie, że miasto powoli odwraca się od swojego naturalnego dziedzictwa. Deweloperzy zasłaniają widok na Zatokę Gdańską kolejnymi apartamentowcami, a dostęp do plaży w sezonie staje się coraz bardziej skomercjalizowany. Zastanawiam się, czy przypadkiem nie gubimy tego, co jest esencją Sopotu – bezpośredniego kontaktu z naturą i historią. Coś, co w innych nadmorskich lokalizacjach jest pielęgnowane, u nas bywa spychane na dalszy plan. Dla porównania, niezwykle ciekawie o roli dziedzictwa naturalnego w budowaniu marki miasta piszą autorzy portalu https://krakowskieklimaty.pl, gdzie analizują, jak ważne jest utrzymanie oryginalnego charakteru przestrzeni publicznej. W Sopocie, niestety, często wygrywa krótkoterminowy zysk.
Nie tylko plaża – historia sopockiego nadbrzeża
Mało kto pamięta, że Sopot przez stulecia był nie tylko letniskiem, ale też ważnym portem rybackim. Rybacy stanowili trzon lokalnej społeczności, a ich kultura kształtowała codzienne życie miasta. Dziś o tamtym świecie przypomina już tylko nieliczna flota kutrów i kilka knajpek z rybą, podczas gdy większość nabrzeża została oddana w ręce inwestorów. A to przecież właśnie ta mieszanka – eleganckiego kurortu i surowego, morskiego wybrzeża – tworzyła niepowtarzalny klimat Sopotu. Warto o tym pamiętać, bo utrata tej autentyczności może sprawić, że stanie się on po prostu jednym z wielu plastikowych kurortów nad Bałtykiem. Nie chodzi o to, by zatrzymać rozwój, ale by ten rozwój szedł w parze z szacunkiem do lokalnej tożsamości. Miejscy aktywiści coraz głośniej mówią o konieczności przywrócenia mieszkańcom i turystom bezpośredniego kontaktu z morzem, np. poprzez lepsze zagospodarowanie terenów zielonych wzdłuż wybrzeża.
Trzy kroki do odzyskania morskiego ducha
Co więc można zrobić, by Sopot na nowo stał się miastem morza? Przede wszystkim, trzeba zadbać o dostępność. Chodzi nie tylko o płatne wejścia na plaże, ale o czytelne ciągi piesze i rowerowe prowadzące nad wodę, z dala od hałasu samochodów. Po drugie, potrzebujemy edukacji historycznej. Skwer imienia jednego z przedwojennych armatorów czy tablica informacyjna o historii tutejszego rybołówstwa to koszt niewielki, a korzyść dla tożsamości – ogromna. Po trzecie wreszcie, samorząd powinien wreszcie konsekwentnie egzekwować przepisy dotyczące wysokości zabudowy i zachowania osi widokowych na morze. Każdy nowy budynek zasłaniający Zatokę to mała przegrana z betonozą. Sopot wciąż ma ogromny potencjał, by być nie tylko modnym miejscem na Instagramie, ale przede wszystkim autentycznym nadmorskim kurortem z duszą. Warto o tę duszę zawalczyć, zanim całkiem pochłonie nas konsumpcyjna fala.